IRAN – DZIEŃ 17 – Tabriz i Kandovan

Pobudka o 8, następnie śniadanie zrobione z wczorajszych zakupów.
Potem ponownie wybrałyśmy się do Nassera, bo miał nam pomóc kupić irańską kartę telefoniczną. A to nie jest takie proste. Trzeba podpisać odpowiednią umowę, złożyć odpowiednie podpisy i odcisk palca. TAK, TAK! Nie pomyliłam się 🙂
Po tym ruszyłyśmy w stronę błękitnego meczetu. Po drodze robiłyśmy pierwsze zakupy. Ja musiałam kupić okulary przeciwsłoneczne, bo moje, jak zwykle, połamały się. W czasie tych zakupów pojawił się pewien problem. Przy wczorajszej wymianie pieniędzy otrzymałyśmy kilkanaście banknotów 500 000 czyli jakieś nasze 50 zł. I okazało się, że większość sprzedawców nie chce przyjąć tego banknotu, bo go nie zna (?!). No, to my lekko spanikowane (bo miałyśmy ich sporo), że w kantorze nas oszukali. Dopiero za którymś razem, jeden ze sprzedawców nam powiedział, że to nowy banknot i część Irańczyków jeszcze go nie zna. Uff, ulżyło nam.
Tabriz

Do błękitnego meczetu zaprowadziła nas, poznana po drodze, młoda Iranka. Spotkania z Irańczykami są zawsze wyjątkowe. Są to otwarci ludzie, pomocni i pełni życzliwości. Każde spotkanie z nimi jest pełne uśmiechów i radości. Nasza nowa znajoma przez ten krótki czas, łamaną angielszczyzną opowiadała nam o sobie. Od razu z dumą pochwaliła się, że niedawno wyszła za mąż i skończyła studia 🙂 To naprawdę było ciekawe, choć przypadkowe spotkanie.
Wstęp do Błękitnego Meczetu kosztował 10 000 riali. Zaraz na samym początku podszedł do nas człowiek, który opowiedział nam parę ciekawostek o tym miejscu oraz dał nam ulotkę z historią meczetu.
Błękitny Meczet został wybudowany w 1465 roku i w tamtych czasach był największym tego typu budynkiem na tych terenach. Co ciekawe, przykrycie ścian błękitną mozaiką zajęło artyście prawie 25 lat. Meczet „przeżył” duże trzęsienie ziemi w 1727 roku, ale został zrujnowany przez trzęsienie w 1773.
Zaczęto go rekonstruować w 1951 r i prace trwają do dziś (co widać na zdjęciach).
przepiękny park przy Błękitnym Meczecie
meczet z zewnątrz
i w środku
tutaj widać na jakich zasadach jest to odnawiane
Gosia – Iranka 😉
uczę się prawidłowo trzymać okrycie głowy 😉
kamienie do modlitwy
i „krużganki” meczetu
Po powrocie do domu, szybko się spakowałyśmy i o 13.30 ruszyłyśmy do Kandowanu. Przejazd z Tabriz trwał ponad godzinę.
Kandovan jest nazywany „Małą Kapadocją”, z tą różnicą, że w wydrążonych skałach wciąż mieszkają ludzie. Przechadzając się uliczkami, które stanowią niezły labirynt, można zaopatrzyć się pamiątki wytwarzane przez mieszkańców.
Kandovan
spacerując po labiryncie uliczek

 

 
mieszkaniec Kandovanu 🙂
 
sklepiki
a co to?
 
 
czy jesteście w stanie sobie wyobrazić, 
że tak ubrane chodziłyśmy, gdy temperatura pokazywała grubo ponad 30 stopni w cieniu?
 
Po zwiedzaniu, czekając na naszego kierowce, po raz pierwszy (jak się później okazało, nie ostatni) stałyśmy się atrakcją turystyczną. Grupa młodych dziewczyn zapragnęła zrobić sobie z nami zdjęcia 🙂
Z Kandovanu ruszyłyśmy na terminal autobusowy czyli z powrotem do Tabriz. Na miejscu nie miałyśmy kłopotu ze znalezieniem odpowiedniego peronu, bo każdy pokazywał gdzie on jest. Byłyśmy prawie prowadzone za rękę 🙂
Przed odjazdem autobusu poszłyśmy coś zjeść, plecaki wcześniej oddając do luku bagażowego. W dworcowej restauracji zjadłyśmy pysznego kurczaka z ryżem.
Autobus ruszył o 19 czyli zgodnie z rozkładem i jak to w Vip-owskich autobusach dostałyśmy jakieś przekąski (tu ciastka) i soczek.
Ciekawostka: w autobusie było włączone ogrzewanie!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.